Łowca snów

Stephen King

Genre: Horror


Łowca snów

Stephen King

Genre: Horror


Łowca snów

Stephen King

Genre: Horror

Publication Date: 2015-01-02

Description: Dawno temu czterech chłopców dokonało w Derry, w Maine bohaterskiego czynu. To co zrobili odmieniło ich w sposób, którego nie byli w stanie pojąć. Ćwierć wieku później, już jako mężczyźni, spotykają się jak co roku na wyprawie łowieckiej. Choć ich drogi się rozeszły wiąż łączy ich niezwykła więź. Nie wiedzą jednak że ten wypad do lasu, na polowanie będzie inny niż zwykle. Kiedy w okolice ich chatki dotrze zagubiony mężczyzna, mamroczący bez ładu i składu o światłach na niebie, więzy ich przyjaźni zostaną raz na zawsze zerwane, w brutalny sposób. Już wkrótce, czwórka przyjaciół zostanie zmuszona, aby stawić czoła niezwykłemu wrogowi, a nitki przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, jak w Indiańskim talizmanie zwanym Łapaczem Snów zostaną splątane ze sobą, tworząc jedność za sprawą niezwykłego chłopca, posiadającego nadzwyczajne umiejętności, odtąd jednak nic już nie będzie takie samo. Fragment książki "Łowca snów" NDSS Ten skrót stał się ich mottem, ale Jonesy za cholerę nie potrafił sobie przypomnieć, który z nich go wymyślił. „Zemsta jest rozkoszą bogów” — to było jego. „Ja cię pierdzielę” i parę innych, jeszcze barwniejszych bon motów wywodziło się od Beavera. Henry nauczył ich, że „karma zawsze wraca”, przepadał za takim szajsem w stylu zen, nawet kiedy byli jeszcze dzieciakami. Ale NDSS, co z NDSS? Kto to wymyślił? Nieważne. Najważniejsze było to, że wierzyli w pierwszą połowę motta, kiedy było ich czterech; w całość, gdy było ich pięciu; drugą połowę, gdy znów została ich czwórka. Kiedy znów było ich czterech, dni stały się mroczniejsze. To były dni z rodzaju „ja cię pierdzielę”. Rozumieli to, choć nie wiedzieli, dlaczego tak się działo. Podejrzewali, że coś jest z nimi nie tak, a przynajmniej, że coś się zmieniło, ale nie mieli pojęcia co. Wiedzieli, że są osaczeni, nie potrafili jednak określić, jak do tego doszło. A wszystko to na długo przed światłami na niebie. Przed McCarthym i Becky Shue. NDSS. Czasami to tylko słowa. A kiedy indziej nie wierzysz już w nic, prócz ciemności. I jak wtedy miałbyś sobie radzić?1988: Nawet Beaver miewa gorsze dni Powiedzieć, że małżeństwo Beavera się nie ułożyło, to tak jakby powiedzieć, że start promu kosmicznego Challenger nie całkiem się udał. Związek Joego „Beavera” Clarendona i Laurie Sue Kenopensky przetrwał nieco ponad osiem miesięcy i łubudu, posypał się z hukiem i został po nim tylko cholerny bałagan. Beav jest zasadniczo pogodnym facetem, każdy jego kumpel wam to powie, ale właśnie nadeszły dla niego naprawdę trudne chwile. Nie widuje się z przyjaciółmi (a przynajmniej z tymi, których uważa za swoich prawdziwych przyjaciół), jeżeli nie liczyć jednego tygodnia w listopadzie, kiedy spotykają się jak co roku, a w listopadzie zeszłego roku ON i Laurie Sue byli jeszcze razem. Ich związek już się sypał, ale nadal byli razem. Teraz spędza sporo czasu — dobrze wie, że zdecydowanie za dużo — w tawernach w okolicy Starego Portu w Portlandzie: w Porthole, Seaman’s Club, Free Street Club. Za dużo pije, popala za dużo trawki, a rano nie może patrzeć na swoje odbicie w lustrze: odwraca spojrzenie i zaczerwienionymi oczami spogląda w bok, myśląc sobie: Muszę przestać przesiadywać w knajpach, bo niedługo skończę jak Pete. Chryste Panie na bananie. Koniec z klubami, z imprezowaniem, świetny pomysł, bez dwóch zdań, ale zaraz znów się tam pojawia, cmoknijcie mnie w gwizdek i co u was słychać. W ten czwartek trafia do Free Street, w ręku ma piwo, w kieszeni skręta, a z szafy grającej dochodzą dźwięki jakiegoś przeboju instrumentalnego, który brzmi jak The Ventures. Nie pamięta tytułu tego szlagiera sprzed lat. Ale zna go, od czasu rozwodu często słucha stacji radiowej z Portlandu nadającej stare złote przeboje. Działają na niego kojąco. A te nowe kawałki… Laurie Sue znała i lubiła wiele z nich, ale Beaver za nimi nie przepada. We Free Street jest prawie pusto, paru klientów przy barze i drugie tyle w głębi sali, przy stole bilardowym. Beaver i jego trzech kumpli siedzą przy stoliku, popijając kuflowego millera i grając w karty starą wysłużoną talią, żeby ustalić, kto płaci za kolejkę. Co to za utwór, z tymi charakterystycznymi gitarami? Out of Limits? Telstar? Nie, w Telstar jest syntezator, a tu go brak. W sumie co to kogo obchodzi? Tamci trzej rozmawiają o Jacksonie Browne, który występował wczoraj wieczorem w Civic Center i dał naprawdę świetny występ, a przynajmniej tak twierdzi George Pelsen, który był na koncercie. — Opowiem wam o czymś jeszcze, co było zajebiste — mówi George, spoglądając na nich świdrującym wzrokiem. Wysuwa do przodu podbródek i odwraca głowę, by pokazać im wszystkim czerwony ślad z boku szyi. — Wiecie, co to jest? — Malinka, no nie? — odzywa się dość nieśmiało Kent Astor. — Pewno że tak — potwierdza George. — Po koncercie pokręciłem się z chłopakami przy wyjściu ze sceny. Liczyłem, że uda mi się zdobyć autograf Jacksona. Albo, czy ja wiem, może Davida Lindleya. Jest spoko. Kent i Sean Robideau zgadzają się, że Lindley jest spoko — na pewno żaden z niego bóg gitary, co to, to nie (bogiem gitary jest Mark Knopfler z Dire Straits, Angus Young z AC/DC no i, ma się rozumieć, Clapton), ale w sumie jest całkiem niezły. Świetnie improwizuje, no i te jego dredy. Aż do ramion. Beaver nie włącza się do dyskusji. Pragnie tylko się stąd wydostać, wyrwać się z tego zatęchłego żałosnego baru i odetchnąć świeżym powietrzem. Wie, co zamierza powiedzieć George, i wie, że tamten kłamie. Ona wcale nie miała na imię Chantay, nie wiesz, jak się nazywała. Przeszła obok, jakby w ogóle cię tam nie było, kim zresztą mógłbyś być dla takiej dziewczyny jak ona, kolejnym długowłosym robotnikiem z kolejnego robotniczego miasteczka w Nowej Anglii. Wsiadła razem z kapelą do autokaru i tyle ją widziałeś. Znikła raz na zawsze z twojego pieprzonego nudnego życia. The Chantays to nazwa zespołu, którego właśnie słuchamy, nie Mar-Kets, nie BarKays, ale właśnie Chantays, tytuł utworu to Pipeline, a ten znak na twojej szyi to nie malinka tylko ślad po maszynce do golenia. Tak właśnie myśli Beaver i nagle słyszy płacz. Nie w knajpie, lecz w swoim umyśle. Płacz z przeszłości. Ten szloch wdziera się do głowy niczym odłamki szkła i do diabła, ja cię pierdzielę, niech ktoś coś zrobi, żeby ON w końcu przestał płakać. To ja sprawiłem, że przestał, myśli Beaver. To byłem ja. Sprawiłem, że się uspokoił. Przytuliłem go, a potem mu zaśpiewałem. Tymczasem George Pelsen opowiada im o tym, jak drzwi w końcu się otworzyły, ale nie pojawił się w nich Jackson Browne, ani nawet David Lindley, tylko trzy dziewczęta z chórku, Randi, Susi i Chantay. Seksowne, wysokie i takie apetyczne. [darmowy fragment książki "Łowca snów", strony 12-14]